Florence Welch przeżyła śmierć. Jej nowy album brzmi jak egzorcyzm

Avatar photo
3 komentarze 3 minuty

Gdy życie i sztuka spotykają się na granicy istnienia

31 października 2025 roku, w sam Halloween, Florence + the Machine wypuścili szósty studyjny album zatytułowany „Everybody Scream”. To nie jest zwykły krążek – to artystyczny raport z podróży na drugi brzeg życia. W sierpniu 2023 roku, w środku europejskiej trasy koncertowej, Florence Welch doświadczyła ektopowej ciąży, która niemal ją zabiła. Operacja ratująca życie zmusiła ją do konfrontacji z własnymi ograniczeniami.

„Najbliżej stworzenia życia byłam wtedy, gdy najbliżej byłam śmierci” – powiedziała Welch w rozmowie z The Guardian. Po zabiegu, zaledwie dziesięć dni później, wróciła na scenę, by dokończyć dwa ostatnie koncerty. Ale coś się zmieniło. Po piętnastu latach balansowania na krawędzi samo-destrukcji, jej ciało w końcu krzyknęło „dość”. I właśnie ten krzyk stał się fundamentem dla nowego albumu.

Czary, wiedźmy i brutalna szczerość

„Everybody Scream” to płyta o kobiecości, śmiertelności i sile. Welch zanurza się w mistycyzm i czary, czerpiąc inspiracje z historii Wicca oraz twórczości sióstr Brontë i Mary Shelley. Ale to nie jest ucieczka w fantasy – to surowa, brutalna konfrontacja z rzeczywistością bycia kobietą i artystką w świecie, który regularnie deprecjonuje jedno i drugie. Czy kobieta może być wielka, nie płacąc za to własnym ciałem?

Album powstał we współpracy z producentami takimi jak Aaron Dessner, Mark Bowen z IDLES i wokalistką Mitski. Ta świątynia talentów stworzyła dźwiękowy krajobraz, który jest zarówno teatralny, jak i intymny. Nie ma tu łatwego, radiowego hitu ani euforycznego finału. Jest za to dwanaście utworów, które brzmi jak kolektywny egzorcyzm – uwolnienie od horrorów i nadziei wpisanych w kobiecość.

Kiedy scena staje się polem bitwy

Recenzenci są zgodni – to jeden z najważniejszych albumów roku. Consequence oceniło krążek na B+, chwaląc „bezlitosną szczerość” Welch. NME zwraca uwagę na aktualność przekazu w czasach, gdy kobiety są nieustannie krojone, szpikowane botoksem i zmuszane do wiecznej młodości. „Everybody Scream” pokazuje brzydkie, surowe oblicze kobiecości – i robi to z dumą.

Florence Welch zawsze budowała swoją sztukę na rytuale samo-destrukcji: bieganie boso po scenach, operowe zawodzenie, fizyczne i emocjonalne egzorcyzmy. W 2015 roku na Coachelli złamała nogę, ale grała dalej. Teraz, po operacji ratującej życie, zrozumiała koszt tego, co robi. Jak napisał Paolo Ragusa z Consequence, „nawet jeśli wciąż za to płaci, to jasne, że najbliższe zetknięcie ze śmiercią zaowocowało jej najbardziej życiodajną pracą”.

Album zamyka się cichym wydechem w utworze „And Love” – harfa, odległe szepty „nadchodzi pokój”. To zaskakujące zakończenie burzliwego albumu, ale właśnie to sprawia, że pozostaje w pamięci dłużej niż wściekłość i ból.

Źródła:

Consequence
NME
The Guardian
Metacritic
Stereogum

Udostępnij:

Avatar photo

O autorze

Kiedy zaczynam pisać, wtedy czuję, że żyję. Ukończyłam polonistykę i dziennikarstwo, na obu kierunkach uzyskałam tytuł magistra. Przez dwa lata studiowałam też kulturoznawstwo. Staram się kierować dewizą "faktom na usługach, opinii w ryzach" - zgodnie z zasadami Ryszarda Kapuścińskiego.

3 komentarze

  1. indie_music_fan pisze:

    Florence zawsze dawała z siebie wszystko na scenie, czasem aż za dużo. Ta historia z ektopową ciążą i powrotem do grania po dziesięciu dniach to obłęd. Słuchałem singla z tego albumu i faktycznie brzmi zupełnie inaczej niż wcześniejsze płyty – bardziej surowo i osobiście.

  2. Ola_Indie pisze:

    Zawsze czułam że Florence balansuje na granicy, ta jej energia na scenie była hipnotyczna ale też trochę przerażająca. To że po takiej traumie wróciła na scenę po dziesięciu dniach to pokazuje jak bardzo jest oddana muzyce, ale też jak bardzo ta branża wymaga od artystów poświęceń. Ciekawa jestem jak brzmi ten album, bo jej wcześniejsze płyty miały w sobie coś niemal trans-osobowego, jakby ona się w te emocje totalnie wczuwała.

  3. ania pisze:

    Słucham Florence od „Lungs” i zawsze czułam, że ona gra ze swoim życiem na scenie. Widziałam ją kiedyś w Warszawie i ta energia była niesamowita, ale też trochę przerażająca – jakby naprawdę nie dbała o granice własnego ciała. Ten album brzmi jak moment, kiedy w końcu musiała się zatrzymać. Ektopowa ciąża to kosmar, a fakt że wróciła na scenę po 10 dniach mówi wszystko o tym, jak bardzo była uzależniona od tego adrenaliny. Współpraca z Dessnerem i Mitski to strzał w dziesiątkę – oni rozumieją co to znaczy robić muzykę z wnętrzności. Trzeba posłuchać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *